zakaz handlu

Popieram zakaz handlu w niedziele

Nie jestem katolem, w kościele bywam tylko na weselach. Na pogrzeby nie chodzę. Nic mnie nie wku**a bardziej niż wycieczka w niedzielę do sklepu, nie mówiąc o galeriach. Raz mi się zdarzyło. Po drodze jeden koleś dostał w ryj, Matiz stracił lakier na zderzaku, a żona chciała się ze mną rozwieść.

Postanowiłem podzielić się z Wami tą historią.

Obudził mnie dźwięk telefonu. Wstałem. W ustach czułem piasek pustyni, a w głowie rozbijał się Black Hawk z „Helikopter w ogniu”. Nie zdążyłem odebrać. Poszedłem postawić klocka i wziąć prysznic. Szwagier mówił, żeby nie zapijać żubrówki żubrem, a ja głupi go nie posłuchałem.
Chciałem całą niedziele przeleżeć na kanapie, ale to byłoby zbyt piękne.

Nagle otworzyły się drzwi i wparowała ona – cała na biało, w kozakach, z nowymi tipsami i telefonem przy uchu. Kurwa, przypomniało mi się, że się przecież 10 lat temu ożeniłem.

Po kwadransie się rozłączyła i głosem, który już zdążyłem znienawidzić rzekła:
– Mirek, do galerii jedziemy.
– No chyba Cie grażyna poje***o. Jak ja ze szwagrem wczoraj jak bombowce się zrobiliśmy.
-Było nie pić. Moim Matizem pojedziemy. Pomożesz mi kiecike wybrać.

Nie było gadki. 15 minut później siedzieliśmy już w konserwie i cisnęliśmy do galerii. Byłem skacowany i wkurwiony. Butelka coli na kaca nie pomagała, a na dodatek zapomniałem telefonu, a ktoś do mnie kurde z rana dzwonił.

Problemy zaczęły się na 2 km przed. Jedziemy, a  tutaj przed skrzyżowaniem korek, i to kurde w niedziele.

– Patrzaj, wszyscy do galerii – powiedziała moja – pewnie też wiedzą o promocji – dodała zmartwiona.

Im bliżej tego pierdolnika, tym gorzej było. Na przejściu dla pieszych rodziny z gówniakami lazą pod koła, nie patrzą. Ale co tam. Wyjebane w to. Na parkinngu jak na festynie. Autokarów z Białorusi multum, blachy same BIA, BGR, BHA, BLM.

– Będzie kurde ciekawie – pomyślałem.

Po 20 minutach Grażka gdzieś w końcu matiza upchała. Ja wychalełm już całą cole, ale nic to nie pomagało. Na schodach ruchomym zaczęło mi się robić duszno. Klima nie wyrabiała, tyle bydła w tej galerii było.

Żonka pobiegła fatałaszków swoich szukać, a ja zaszedłem do pierwszego z brzega sklepu, gdzie koszule można by jaką znaleźć, do teściówki na imieniny. Chodze tak między tymi wieszkami i sam nie wiem, któro to damskie, któro męskie.

Przyciąłem w pewnym momencie damulkę na szpilach i tak se łaże za nią, bo farbowany milik, ale fajny. Cyce ok, tyłek też. Obrzydziła mi się, jak biednego studenciaka co tam pracuje zrugała, bo on powinien za nią te rzeczy nosić w jej mniemaniu.. Trudno się dziwić. Taka to dziuna co w domu siedzi i pachnie, BMW męża się wozi i jego kartę czyści. Nowobogaccy kurde. Nie wytrzymałem. Poszedłem dalej.

Zaszedłem do supermarketu po czteropak. Tam nie lepiej. Ludzie jak z lasu, się przepychają, zapasy jak na wojnę robią. Gówniaki biegają. Z 15 minut stałem do kasy. Przede mną jakiś wsiok na kasjerkę krzyczy, że go oszukała na 50 groszy, a ona już wkurzona jak byk na corridzie. W końcu koleś ustąpił, zabrał reklamówki i poszedł.

Zapłaciłem za browar i poszedłem w strone tzw. „butików”. Ławki wszystkie zajęte, więc na tym fotelu do masażu usiadłem.

Obok się dosiadło dwóch Białorusinów w złocie obwieszanych i coś tam mamroczą.  Nie miałem jak nawet zimnego browara wypić. W końcu moja się na horzynocie pojawiła obładowana jak wielbłąd. Ta to zawsze kase wie jak rozpier***ć. Ledwo do Matiza się załadowaliśmy. Aż się ucieszyłem, że już czas wrotki palić z tego pierdolnika konsumpcji, rozpusty i rat 0 procent.

Jedna alejka, druga alejka i BANG!!! Matiz stoi, Grażyna przerażona. Wysiadam i patrze na tego mlona z Białorusi, co swoim Audi nam wyskoczył. Dobrze, że Grazce hamulce zrobiłem jak przeglądu nie chcieli podbić. Tylko zderzak obdarty. 5 stów malowanie jak nic, ale Białorusin coś się pruje, że tylko 50 baksów ma. Moja zaczęła z nim na migi się użerać. On mówi, że nie zapłaci, żeby po policje dzwonić.

Oblały mnie zimne poty. Jak miałeś mocnego kaca to wiesz, co to znaczy. Zacisnąłem zęby, zaszedłem gościa od flanki i mu przypierdoliłem z całej siły w twarz z piąchy, poprawiłem z kopa i jebnąłem łbem o karoserie jego Audi, aż farbę puścił i mu iPhone wypadł. Nie bez przypadek na naiego mokasynem nadepnąłem. Wyjąłem z  jego portfela z 250 baksów i mówię do Grażyny, że spierd***amy, ale droge ochroniarz nam zachodzi. Dziadziuś, co widać, że bitwę o Berlin pamięta i do emerytury dorabia. Popatrzył na mnie, na leżącego turystę zakupowego znowu na mnie. Zrozumiał, że lepiej będzie, jeśli zapomni, że cokolwiek widział.

Odwrócił się na pięcie. Grażyna całą drogę wieszczała, że kryminał nas czeka. Ja wychyliłem na hejnał ze 3 browary. W końcu zamilkła i zaparkowała pod osiedlową Stonki. Wchodzę tam z nią, a tam kolejny burdel. Przewalają  tam w koszach buty, mopy, wszystko. Myślę sobie: wojna idzie, czy co? Zakupy robili jak na stan wojenny. Dorzuciłem do kosza kwiatki dla Grażyny to się uspokoiła. Na kasie młoda dziewczyna jak w ukropie się uwija. Waży owoce, batoniki liczy, ktoś ją o jakość pościeli pyta, a ona zakłopotana i styrana jak koń po wyścigu. A każdy w kolejce jak król panie się czuje.

Tak wróciliśmy w końcu na chałupe, trzasnąłem klina i się myśle: po co nam ten handel w niedziele? Popierd***ło nas od tych zakupów, kredytów i promocji. Nikt nie korzysta. Jedni napierd****a po tych sklepach jak wielbłąd po pustyni za woda, jakby innego dnia nie było. Inni musza tam pracować i z chamstwem, co myśli, że wszystkie rozumy pozjadało się użerać. Nowobogaccy kurde. A najgorsze jest to, ze musiałem w tym błocie się taplać,. Gdybym odebrał rano ten telefon, ze szwagrem na rybach bym siedział i w dupie miał te całe niedzielne zakupy. Oto co!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *